Selfpublishing, czyli jak się dobrze wydać?

Napisanie książki jest kolosalnym osiągnięciem w życiu twórcy, epokowym, nie do przecenienia. Należy je odpowiednio świętować, najlepiej oczywiście – publikacją. Kiedy już jednak jutrzenka zawrotnej wydawniczej kariery delikatnie przebija się na literackim niebie, zaraz zasłaniają ją czarne chmury… Jakie? Kosztów. Niełatwo w kapitalistycznych, wolnorynkowych warunkach znaleźć wydawcę, który zdecyduje się na poniesienie wydatków związanych z publikacją. Najczęściej to autor musi się z nimi zmagać. Ale przecież to tylko drobnostka, błahostka, czego nie robi się dla realizacji marzeń o debiucie. A poza tym, czekają mnie finansowe obfitości, kiedy proces wydawniczy dobiegnie końca. Znowu skucha. Nierzadko autor jest na samym końcu listy płac, a z jego gaży pokrywa się nawet koszty ekspozycji dzieła na półce w księgarni. Co zatem zrobić? Czyżby w ogóle nie opłacało się wydawać książek nad Wisłą?? Opłaca się. Ale trzeba skorzystać z pomocy Zosi, Zosi Samosi, czyli zdobyć się na selfpublishing.

Z tego artykułu dowiesz się:

  1. Jak się robi selfpublishing?
  2. Co musi się stać, żeby z pliku tekstowego powstała książka?
  3. Kto powinien znaleźć się w zespole do spraw wydania Twojej książki?
  4. Skąd wytrzasnąć tych wszystkich ludzi?
  5. Czy selfpublishing się opłaca?

Jak się robi selfpublishing?

Selfpublishing robi się przede wszystkim samemu. To angielskie słowo na język polski tłumaczy się jako ‘samodzielne wydawanie’, ‘autopublikowanie’. – No ale jak to? – ktoś zapyta – Przecież ja nie znam się na redakcji, nie potrafię przygotować składu i nie mam zielonego pojęcia o tym, jakie prawa rządzą rynkiem wydawniczym! Na szczęście nie tak całkiem samemu, a wszystkie pracy niezbędne do tego, żeby z pliku w Wordzie stała się książka – można zlecać. Gwarantuję, a robię to stojąc na solidnym gruncie własnych doświadczeń, że jest mnóstwo freelancerów, którzy z ochotą podejmą się wykonania redakcji, korekty, składu, oprawy graficznej, a nawet przygotowania platformy, na której książkę będzie można sprzedawać. Już nie brzmi tak strasznie, prawda?

Skoro trochę odstraszyliśmy straszność, to przejdźmy do zapoznania się z kolejnymi etapami selfpublishingu. Do dzieła!

Photo by Annie Basile on Unsplash

Co musi się stać, żeby z pliku tekstowego powstała książka? Selfpublishing w praktyce

Mój promotor często, chcąc mnie zmotywować do pisania, powtarza, że najgorszy moment przelewania na papier tego, co się kłębi w głowie, to uparcie migający kursor na białej, pustej stronie. Co innego, kiedy ten sam kursor miga na końcu książki. Kiedy już ostatnia kropka została postawiona, a autora przepełnia po koniuszki palców uczucie dumy. No, że mało nie pęknie.

Wtedy powinien nastąpić okres celebracji, najlepiej sążnej, bo powód jest słuszny. Zresztą, w ogóle rytuał świętowania swoich sukcesów warto wpisać do listy ważnych czynności wykonywanych w życiu. Tak dla zdrowia psychicznego. Okay, poświętowaliśmy i co wtedy? Wtedy do głowy przychodzi myśl, że warto by wydać tę książkę.

Tutaj proponuję pierwszy pit stop. No bo jaka książka ma powstać z tekstu? Nie pytam wcale o gatunek, bo ten pewnie był określony już na początku, ale o formę, w jakiej dzieło będzie funkcjonowało. Na papierze czy elektronicznie? Z ilustracjami czy nie? Za ile chcę tę książkę sprzedać (tak, już teraz się nad tym zastanów, za chwilę dowiesz się, dlaczego jest to przydatna wiedza)? Czy wiem, jak powinna wyglądać jej szata graficzna?

Odpowiadanie na te pytanie zacznij od wyobrażenia sobie, jak chcesz, żeby Twoja książka wyglądała, jaka musiałaby być, żeby budziła u Ciebie satysfakcję. Zapisz te odpowiedzi, uzbrój się w nie i wyruszaj na poszukiwanie osób, z pomocą których słowo stanie się fizycznym/elektronicznym przedmiotem.

1. Kto powinien znaleźć się w zespole do spraw wydania Twojej książki?

Szybka lista specjalistów absolutnie niezbędnych w procesie wydawniczym:

  1. redaktor i korektor (jeśli znajdziesz kogoś naprawdę dobrego, może to być ta sama osoba),
  2. grafik,
  3. składacz,
  4. drukarnia albo właściciel serwera (możesz to być Ty i ja do tego zachęcam).

A teraz pokrótce o roli każdej z tych osób. Redaktora od korektora odróżniłam celowo, bo zupełnie czym innym te dwie osoby się zajmują. Zamiast zagłębiać się w słownikowe definicję różnicę tę wyjaśnię Ci obrazowo. Redaktor to ktoś, kto czyta tekst jakby z lotu ptaka. Ma ogląd na całość i potrafi ocenić, czy książka jest spójna, czy wyczerpuje temat, czy nie zdarzyły Ci się potknięcia logiczne gdzieś na zakrętach kolejnych akapitów. Redaktor to też człowiek, który wie, że jak w rozdziale I buda Burka była po prawej stronie od drzwi, to w rozdziale VII też tam powinna być. Jeśli nie jest i w ogóle te same miejsca w różnych częściach tekstów opisujesz z innymi szczegółami – złapie tego chochlika i zaproponuje zmiany.

Korektor z kolei to ktoś, kto jest bardzo blisko tekstu. Czyta niemal z lupą w ręku. Korektor zauważy, kiedy coś zjadło ogonek w “ą” i dostrzeże, że na 237 stronie przecinek jest skursywowany, a nie powinien. To też człowiek, którego najpierw znienawidzisz za czepialstwo, ale kiedy zobaczysz, jak oszlifował Twój tekst, rzucisz się do podziękowań. Ważne, żeby przetrwać ten pierwszy etap, a jeśli będzie Ci trudno, wspomagaj się myślą, że to Twoje nazwisko będzie grubaśną, tłuściutką czcionką na okładce, a nie korektora.

Photo by Annie Spratt on Unsplash

Grafik natomiast nadaje tekstowi wygląd, jakby wybierał mu stylizacje na wielkie wyjście. Jeśli chcesz, żeby w Twojej książce znalazły się ilustracje czy infografiki – praca tego człowieka jest Ci absolutnie niezbędna. Szukaj kogoś, kto przeczyta tekst, zrozumie go, a potem poczuje i będzie w stanie sypać z rękawa kolejnymi propozycjami stylów, fontów i kolorów. Jeśli zaś uważasz, że tekst broni się sam i wystarczy przelać go w formę książki, postaw na składacza.

Składacz, inaczej mówiąc specjalista DTP, dokonuje przeistoczenia pliku tekstowego w przedmiot, który można wziąć do ręki i przewracać w nim strony. Bez niego się nie obędzie. Przygotuje książkę zarówno do druku, jak i publikacji w formie ebooka. Kiedy szukasz składacza do współpracy, zwracaj przede wszystkim uwagę na to, czy potrafi zaproponować różne układy dla odmiennych rodzajów tekstów. To ważne ze względu na to, że każde dzieło ma swój charakter, który wymaga właściwej oprawy.

Kiedy wszystkie te osoby wykonają swoją pracę, przyjdzie czas na drukowanie/publikowanie online. Tutaj nie ma co oszukiwać, najczęściej stawia się na takich drukarzy, którzy swoją pracę zwieńczą rachunkiem na sumę, która nie zamienia w słup soli. Nie ma jednej rady, która pozwala na znalezienie człowieka znającego się na fachu. Trzeba po prostu rozmawiać, a najlepiej odwiedzić drukarnię i spojrzeć, jak powstają inne książki w tym miejscu.

Nie bez powodu obok drukarza stawiam właściciela serwera, bo wcale nie gorszą opcją (zwłaszcza dla debiutantów) jest książka w wersji elektronicznej. Znacznie ogranicza koszty publikacji i skraca czas trwania procesu. Nie potrzebujesz też miejsca do magazynowania nakładu, bo cały nakład jest w zasadzie jednym plikiem, który ląduje na serwerze sklepu internetowego. Et voilà!

Photo by 🇨🇭 Claudio Schwarz | @purzlbaum on Unsplash

2. Skąd wytrzasnąć tych wszystkich ludzi?

Na szczęście odpowiedź na to pytanie jest nieco łatwiejsza. Nie musisz przeprowadzać rekrutacji jak te z filmów o korporacjach. Wystarczy umiejętnie przeszperanie internetu. W sieci aż roi się od portali, na których ogłaszają się wolni strzelcy z fachem w ręku. Zredaguj ogłoszenie, w którym opiszesz, jakich prac potrzebujesz. Poproś o przesyłanie wycen, portfolio i kilku słów o tym, jaką “aplikant” ma wizję na Twoją książkę. Kiedy już wybierzesz spośród nadesłanych zgłoszeń, pamiętaj o jasnym wyznaczeniu terminów i zadbaj o sprawy formalne.

W końcu, jakoś trzeba się rozliczyć na koniec pracy, a przekazywanie sobie pieniędzy pod stołem nie jest pomysłem ani dobrym, ani do końca legalnym… Żeby oszczędzić sobie dodatkowych kłopotów, skorzystaj z platform do współpracy z freelancerami. Najczęściej zapewniają one obsługę formalno-księgową i niczym nie musisz się martwić. Zdecydowanie wygodniejsze, pod kątem tak zwanej papierkowej roboty, jest korzystanie z usług osób, które mają możliwość wystawiania faktur i rachunków, czyli freelancerów z działalnościami gospodarczymi.

Czy selfpublishing się opłaca? 

I to jak… Pomyśl tylko: nie płacisz żadnym pośrednikom, żadna gaża pracownika wydwnictwa, którego nawet nie znasz – nie zostanie opłacona z Twojej kieszeni. Już samo zmniejszenie liczby osób, które uczestniczą w publikowaniu książki jest zdecydowaną oszczędnością. A wypada jeszcze powiedzieć o zyskach ze sprzedaży, które zależą wyłącznie od tego, jak zechcesz zaprojektować kanały dystrybucji.

No i właśnie, tu jest pies pogrzebany. Zosia Samosia, którą przywoływałam we wstępie musi wszystkie te etapy ogarnąć w pojedynkę. A co jeśli nie zna się na sprzedaży? Nie ma doświadczenia w marketingu? Jak w ogóle będzie w stanie na całym tym przedsięwzięciu zarobić?

I tym razem Zosia może poprosić o pomoc kogoś, kto się jednak zna. Warto na przykład zawiązywać umowy o współpracę z księgarniami, które prowadzą sprzedaż internetową zarówno w przypadku książek papierowych, jak i elektronicznych. Zwykle trzeba im odstąpić procent z zysku, ale trudno się temu dziwić, skoro odwalają kawał roboty (czy dobrej, to najlepiej na bieżąco weryfikować) i zdejmują spory ciężar z głowy i tak już zatroskanego przecież autora.

Tak się składa, że cały proces selfpublishingu przeszliśmy ostatnio sami. Efektem wszystkich tych działań jest książka: Jak przestać tworzyć do szuflady i zacząć zarabiać?. Przygotowaliśmy ją od początku do końca sami: napisaliśmy, zrobiliśmy redakcję i korektę, zilustrowaliśmy, złożyliśmy, opatrzyliśmy numerem ISBN, umieściliśmy na własnej platformie do sprzedaży i oto jest.

Gorąco Cię przy tej okazji zachęcam do jej przeczytania, zwłaszcza, jeśli jesteś początkującym autorem i szukasz porad ułatwiających wychodzenie z szuflady. wink

 

Dodano do koszyka.
0 produktów - 0,00